Przeszedłem sie przez główne aleje miasta, a potem już małymi uliczkami dotarłem na dworzec. Marsylia robi dobre wrażenie, ładne aleje, kamienice przypomniają te paryskie... ale okolice dworca... to obdrapane mury, zburzone budynki, hm obrazek jak z 3 świata.
Pojechałem do miejscowości AUBAGNE (20 km), skąd miałem mieć autobus AURIOL, oddalonego o kolejne 10 KM. NIestety ósemka, której rozkład znalazłem w internecie nie kursuje w wakacje. Poszedłem do informacji, dwie osoby przed 30stką starały mi się wytłumaczyć po francusku, gdzie znajdę inny autobus do mej destynacji.
Pani na kartce napisała stanowisko 1, zauważyłem takowe oddalone od nas o 20 metrów, ale tak na prawdę miała na myśli te na końcu, które nie ma żadnego numeru. Więc stanowisko 1 to tak na prawdę te za stanowiskiem 9, a że pierwsze od końca można je nazwac "1". Po polsku miałbym problem z ich zrozumieniem, a w języku obcym można byłoby mi wcisnąć, iż Kopernik była kobietą, zrzucając nielogiczne zdania na zbyt słabą znajomość obcej mowy. Dotarłem pod supermarket "CASINO" - punktu spotkania. Tam nie znalazłem automatu, skorzystałem wiec z roamingu + rozmowy miedzynarodowej aby przywolac sprzedawce roweru, ktory kupiłem na aukcji internetowej.
Przyjechał mój sprzedawca: Wesoły francuz, na nim tatuaże i wariacyjna broda oraz chyba trochę biżuterii:) Ze swojego starego (na pewno stukniętego z kilku stron, nie pamiętam jakby miał karoserie gładką i woskowaną jak auta w RP to by wzbudził zainteresowanie) Renualt express wyjął ładny górski Decathlon, 5 letni. Wszystko sprawnie chodziło, widać było rdzę na łańcuchu i hamulcach. mógłby tylko mieć większą ramę, ale przecież gdzieś trzeba było znaleźć sposób na redukcję kosztów. Pan sie przedstawił jak specjalista ds. rowerów i pewnie tak jest, tylko skoro francuz nie zwraca uwagi na zbity bok w aucie to na estetykę roweru również. Moja łamana francuszczyzna pozwoliła na 10 minutową rozmowę o wszystkim, ruszyłem mając jak się okazało nie dość dokładna mapę i zacząłem błądzić... co droga to poprowadzona po coraz to większej stromiźnie... jak po tym auto może jechać!
Drogi wg mapy nie znalazłem, ale na szczęście z czasem zacząłem omijać drogi, które poprowadziły mnie coraz to wyżej i wyżej lub niżej i wyżej...i zakończona na czyimś domostwie. Znalazłem jezdnię troche bardziej uczeszczana i w koncu o kilka kilometrow zblizylem sie do Marsylii. Trafilem na miasteczka z pieknym kwiecistym malym mostem, przy ktorym byla kamieniczka wylozona wszelkich kolorow mozaikami i wtopionymi wen rzeźbami 3D np. portal wieńczyła mozaikowa zyrafa
z szyją odstającą na prawie metr... nie wiem co to.. letnia rezydencja Ossyego OSborna czy lokalne muzeum sztuki nowoczesnej.
Następnie znalazlem boczna droge wzdluz starej linii kolejowej i to byla najciekawsza czesc podrozy. Tory porosniete borowkami (chyba?), kawalek dalej krzaki winogron, zerwalem 1 grono i pojechalem dalej. Jakis pan zebral wielki wor cos sliwkopodobnego... i po co przywozic konserwy z RP?
Widok stad byl imponujacy w 1 strone ladna prowansalaska miejscowosc, kawalek dalej fabryka, w tle gory. Przy drodze, wbity w drzewo stal rozbity porzucony samochod. Dalej jechalem czyms co mozna nazwac droga regionalna, na ktorej byl pas dla rowerow.
Zatrzymalem sie przy sprzedawcy warzyw, jak sie dowiedzial, iz jestem z Warszawy, to zaczal wychwalac miasto, a zwlaszcza okolice Centralnego, powtarzal jak tam ladnie. Nie wiedziałem o czy to poznanska, dworzec srodmiescie czy KDT go tak zachwycilo.
Jak przekroczyłem granicę Marsylii, myślałem, że zaraz będę w domu, jednak trasa się dłużyła... a ciągle widziałem to samo...droga i 2piętrowe budynki..mało interesujące.
Wykończony (przez te ganianie po górach na początku) dotarłem do hotelu... Mateusz mnie wyciągał na bieganie... a ja sie ruszać nie chciałem. Poszliśmy do pięknego parku.. on biegał, a liczyłem kólka...od razu bylo widac kto jest tu tylko od kilku dni :). Wokoł nas palmy, joggingujace smukłe postacie od lat 15 do 50, a w tle gory, pieknie. W srodku tej oazy pewne jakze egzotyczne zwierzęta: kury. U nas paw pełni tą rolę w ekskluzywnym parku, a kura to tylko głupie zwierzę kojarzone z PGRowską wsią. Może wszystko jest kwestią PRu? A gdyby tak na zielone salony Łazienek Królewskich zawędrowały kury?
Potem jeszcze na tarasie... kolacja przy francuskiej muzyce... Piaf, Dessin, Mano Solo i inni, ale z czasem francuski "repas du soir" zmieniał się w polską biesiadę i tak zaistniała na marsylskim tarasie ojczysta muzyka a prym wiódł zespół Kury:
"
Ach nie bądź indeferentną rasistką, choć okrutnie jedzie mi z ust.
Przestań pistować mnie paramentalnie, mimo, że wali mi, że kopie mi z ust. Hej!
"