O frekwencji każdy już napisał, a ja nie jestem nie przymierzając publicystą dziennika, nie mylić z publicystą „Dziennika” by co dzień z właściwą regularnością donosić o nowych wydarzeniach.
Ale cóż… podważałem sens nowych wyborów i… się pomyliłem. Frekwencja, nie jest rewelacyjna jak niektórzy ją nazywają, ale jest to wszakże rekord w elekcjach parlamentarnych!
Tajemnica frekwencji to może po prostu krótka kampania, która nie zdążyła na tyle zmęczyć wyborców. Do tego wybory jednak coś zmieniły. Odpadły partie skrajne, dotychczas druga partia wyprzedziła znacznie pierwszą.
To ja się może pochwalę: do obwodowych komisji wyborczych chodziłem zawsze kiedy żyję, w tym:
- referendum w PRL, w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, pamiętam tylko, że było.
- wybory 1989, kiedy to się pojawiła u mnie świadomość polityczna (przynajmniej wydaję mi się iż takową posiadam). Chodziłem na spotkania wyborcze, które najczęściej były w parkach, co ciekawe spotykałem na nich kolegów! Niespełna 10letnie brzdące, zamiast się uczyć, tudzież chodzić po drzewach interesowały się jak się budzi w Polsce demokracja.
- wybory 1990, tu wpierw byłem uwaga za Stanem Tymińskim, tym samym, który startował w roku 2000 i próbował w 2005, ostatnio był marginalną maskotką, a wtedy realnym kandydatem z nikąd. Do tej pory jest napis na mojej ulicy „Tymiński 25% to hańba”. Czy to nie jest znak, iż nasza demokracja dojrzała, przecież taki kandydat i jemu podobni teraz się nie liczą.
OK jednak szybko wspomniana świadomość polityczna kazała mi Stana zaprzestać popierać, a zainteresować się Tadeuszem Mazowieckim. Agitowaliśmy nawet z siostrą przez dwa tygodnie Babcię by zamiast na Wałęsę zagłosowała na pierwszego premiera III RP. I co… z dobrym skutkiem, przekonaliśmy Babcie!. Pana Lecha Wałęsę bardzo cenię, ale nigdy nie powinien być prezydentem.
Wybory prezydenckie 1995 – tu pamiętam zażarte dyskusje w licealnej klasie, kto powinien wygrać i tyle. Spory były nie mniejsze niż w całym kraju. Myślę, iż od tamtej pory i my i reszta kraju nabrała dystansu do polityki.
Referendum uwłaszczeniowe, o którym nikt nie pamięta, a pewnie wiele osób się nie wiedziało iż takowe się odbywa:
- było w czasie ferii zimowych
- dotyczyło bliżej nie wiadomo czego
- miało chyba 5 długich pytań… określone partie podpowiadały wyborcom głosuj 4x TAK raz NIE, tudzież 5 x NIE, albo napisz na karcie moje nazwisko… jak to proponował pewien nacjonalistyczny przywódca, o którym już IV RP nie pamięta.
Ja byłem wtedy na wyjeździe narciarskim, zrobiłem sobie przerwę poszedłem do obwodowej komisji chwile pooddychać wyborczym powietrzem i byłem pierwszym ich pierwszym gościem od dłuższego czasu, ale i tak bez praw wyborczych.
A teraz kiedy już uzyskałem bierne prawo wyborcze:
- wybory parlamentarne, przyszedłem z paszportem, bo z wyrobieniem dowodu zwlekałem niemal do 19 urodzin. Pani z kabiny obok do mnie się zwróciła by jej skreślić senatorów lewicy, bo dobrze nie widzi. Ja tak zrobiłem, co prawda, pewnie miała na myśli SLD, a ja skreśliłem pani również kandydatkę z Unii Pracy (wtedy to była znacząca partia, a nie jeden z ułamków LIDu).
- wybory samorządowe, pierwsze w których wybierało się bezpośrednio prezydenta. W wyborczy długi weekend byłem w Krakowie i wróciłem tak by zdążyć oddać głos. Nie mówię, iż specjalnie skróciłem wyjazd, ale był to jeden z powodów.
- najciekawsze ostatnie wybory prezydenckie, trafił mi się wyjazd służbowy do Gdańska od czwartku do niedzieli. Dowiedziałem się o nim w czwartek rano, ale zdążyłem między pracą o odjazdem pociągu pobrać zaświadczenie o możliwości głosowania poza miejscem zamieszkania. Nawet trochę naginając prawo pobrałem takowe dla kolegi (czego się nie robi dla ojczyzny), który mieszka w Gdyni, a prawa wyborcze ma w Warszawie.
Jak widać najczęściej moje głosowanie nie wiązało się z koniecznością większą niż przejście kilkuset metrów i ewentualnie pamiętaniu by odpowiednio wcześnie wrócić z weekendu.
Dlatego też podziwiam tych, którzy przebywają na emigracji i przejeżdżają pół kraju, który zamieszkują by oddać głos i jeszcze są gotowi stać w kolejce jak za PRLu. Tudzież wspomnianego kolegę z Gdańska, który przybył do Warszawy właśnie na wybory.