Je vous remercie m’sieurs-dames
 Oceń wpis
   

Chciałbym bardzo podziękować za tą podróż, wszystkim którzy pomogli w jej organizacji w Polsce i we Francji, a także byli jej bohaterami, rodzinie i przyjaciołom. Nie wymienię Ich z imion i nazwisk, gdyż nie chcę nikogo pominąć, a mam nadzieję, iż już podziękowałem już wszystkim najważniejszym.
Dziękuję także Francji, iż mnie natchnęła nowym duchem radości i nakreśliła jak należy się cieszyć ze świata i ludzi, którzy nas otaczają i ich szanować.

Poza osobami niewymienionymi wspomnę także o tych napotkanych nawet na chwilę:
– Wzruszający sprzedawca warzyw, który wziął mnie za Rosjanina, ale chwilę potem zaczął mówić „dzień dobry”,
– młodzi francuscy prawnicy, którzy proponując alkohol 18% sugerowali, iż dla mnie ze wschodu jest to jak sok pomarańczowy,
– ochroniarz, który z rozbrajającym uśmiechem, powiedział, iż nie wpuści mnie do sklepu na 10 minut przed zamknięciem,
– inny ochroniarz, który zasugerował, iż z rowerem powinienem opuścić teren sklepu, a chwilę potem mnie przeprosił,
– pan strażnik, który wskazał, iż jest droga wolna do morskiej zatoki, do tej pory zamkniętej,
– miłej marsyliance z hotelu, która prowadząc mnie po zawiłych korytarzach, pozwoliła odnaleźć zrzucony z balkonu ręcznik,
– panom z wypożyczalni aut za zgodzenie się na pozostawienie w zastaw gotówki, jako iż limit karty VISA był za mały oraz za bezproblemowe przyjęcie pojazdu,
– francuskiemu sprzedawcy roweru za sprawny sprzęt oraz cierpliwość,
– polskiej marsyliance za rowerową wyprawę po dzielnicach Marsylii,


– francuskiej młodzieży (naszym rówieśnikom), a zwłaszcza Jubilatowi, za poczęstowanie urodzinowym własnego wytworu winem z liśćmi do tej pory nie wiem czego,


– Małgosi Glince, za to, że mogłem ją ujrzeć na warszawskim lotnisku
– pani z marsylskiej kliniki, za wytłumaczenie zasad działania francuskiej służby zdrowia, które na szczęście się mi nie przydały
– wielu innym oraz wypada także podziękować Bogu i matce Whitney Houston

Merci
Komentarze (4)
superjednostka mieszkaniowa - Le Corbusier
 Oceń wpis
   
Ostatniego marsylskiego wieczoru poszliśmy do budynku zaprojektowanego przez Le Corbusiera - króla betonu. Jest to wzorcowy przykład miejskiego budynku mieszkalnego, który miał złagodzić mieszkańcom wszelkie trudy osiedlania się w mieście, stąd: taras-dach w funkcji świetlicy, punkty usługowe, przedszkole i restauracja w budynku, mieszkania dwupoziomowe (!!!) oraz zamiast parteru betonowe słupy, by powietrze swobodnie przechodziło między dwoma częściami blokowych ogrodów.
Zrobiłem kilka fot z zewnątrz, myśląc, iż dalej nie wejdziemy. Ach... te złudne przekonania wyniesione z zamkniętych warszawskich osiedli. Weszliśmy przez nikogo nie zatrzymywani, zwiedziliśmy taras, przeszliśmy się po piętrach "użyteczności publicznej", gdzie była m.in. restauracja i przedszkole. Dach-taras pełni rolę świetlicy, nie muszę wspominać jaki tam jest widok.
Chodziliśmy po korytarzach mieszkalnych, nad każdymi drzwiami jest lampka innego koloru, dzięki czemu banalny ciemny korytarz mieni się ferią barw. Mieszkań już nie zwiedzaliśmy, a szkoda, gdyż są dwupoziomowe, aż trudno uwierzyć.
Jest w tym coś przewrotnego, chłopcy z polskich bloków zwiedzają francuskie-betonowe dzieło. Ale warto było, widać, że i mrówkowiec może być sztuką i może być przyjazny mieszkańcom, integrujący, a nie kojarzony tylko ze "szklaną pogoda" i blokersami. Ponoć są w Polsce budynki wzorowane choć trochę na tym, chcę takie zwiedzić, zainteresowania są godne: Przyczółek Grochowski w WAW i superjednostka w Katowicach. O ile u nas uda się przejść przez ochronę, domofony, jeśli nie to za płotem ustawię platfomę obserwacyjną, jak zrobił jeden z zachodnich performerów, chcąc zadrwić z naszej zdolności do grodzenia czasem całych osiedli.











Komentarze (2)
Żaba go home
 Oceń wpis
   

SIERŻANT: Chwileczkę proszę pana! Dzień dobry panu kontrola osobista. Dzień dobry panu kontrola osobista, proszę pana. Proszę torebeczkę otworzyć.
SIERŻANT: Dziękuję. Proszę. Co tutaj w kieszeni jest? Proszę wyjąć to z kieszeni.
MAKLAKIEWICZ: To?
SIERŻANT: Tak to.
MAKLAKIEWICZ: To... to są pieniądze.
SIERŻANT: Proszę wyjąć.
MAKLAKIEWICZ: Chwileczkę... przepraszam bardzo, tak zaraz położę pieniądze. Proszę bardzo to są pieniądze.
MAKLAKIEWICZ: Ja... i kolega, żeśmy wygrali w toto-lotka.
SIERŻANT: Tak. Proszę zaświadczenie z totalizatora.
MAKLAKIEWICZ: Tak, tak to ta pani nam dała.
SIERŻANT: Musiała dać.
MAKLAKIEWICZ: O tak to chyba jest to - proszę bardzo. SIERŻANT: Proszę pański dowód osobisty jeszcze.
MAKLAKIEWICZ: To jest tu proszę bardzo. Razem z biletem.
SIERŻANT: No dziękuję, gratuluję szczęścia. Proszę bardzo.
MAKLAKIEWICZ: A pan panie sierżancie, pan gra w toto-lotka?
SIERŻANT: Gram, ale nie mam szczęścia.


Powrót…… to wylot z Marsylii o 8,30 rano. Pożegnałem się z tym miastem, mającym do niedawna słabą opinię… która jak zwykle się nie sprawdziła: wiele ulic jak w Paryżu tyle, że nad morzem.
Międzylądowanie miałem w Monachium, z przerwą czterogodzinną, nie wiele by zobaczyć centrum miasta, gdyż czas dojazdu to 50 minut! Pojechałem więc zobaczyć „ALIANZ ARENA”, który jest bliżej lotniska. Nie miałem z sobą mapy albo przewodnika, ale trafiłem :)
I pomyśleć, że nie wiele mniej wzniosłą świątynie footballu będziemy mieli już niedługo w Rzeczpospolitej. Krzątałem się trochę po zapleczu stadionu, ale nie zdecydowałem się na wycieczkę z przewodnikiem po jego zakamarkach. Ale sam tak zacząłem błądzić po długich korytarzach, iż trafiłem... na trybuny. Nie było stąd łatwego wyjścia, poradziłem sobie tak, iż dołączyłem się do płatnej wycieczki, która wychodziła przez bramę otwieraną przez przewodnika.



Potem powrót na lotnisko, gdzie kontrola miała zastrzeżenia do rzeczy jakie mam w kieszeniach, specjalnie nie zakładałem paska, a zapomniałem, iż w kieszeni mam dwa kapsle od wina (nasze ulubione francuskiej było w karafce i posiadało duży kapsel z dzwignia)…zapomniałem ech…… pan się spytał, czy jestem pierwszy raz na lotnisku (miałem jeszcze kilka papierowych śmieci w kieszeniach), a przecież to już drugi raz tego dnia. Ciekawe, iż kapsle sam wyrzuciłem, bo pan po prześwietleniu moich rzeczy osobistych oddał mi wszystko.
I tak już kilkadziesiąt minut później wylądowałem w pochmurnej, ale też naj naj naj… Warszawie i się wzruszyłem :) Lubię inne miejsca na świecie...chce zobaczyć i Zurich i Wałbrzych... ale czy będe umiał zostawić moje miasto na dłużej...
Komentarze (0)
Powiedz tylko MARZENIE
 Oceń wpis
   
Miałem swój upór... jeszcze w Warszawie zamówiłem sobie przez serwis aukcyjny rower (o tym jeden z pierwszych wpisów). Eksploatowałem go nie tak wiele…przez tydzień mieliśmy auto, tylko ja miałem rower itp.
Dziś mogę powiedzieć światu, iż warto było :) marzyć o rowerze w Marsylii i warto było szukać (I ZNALEŻC) ciekawe miejsca tym środkiem transportu. YES YES YES!
Wyruszyłem po dziewiątej... główną aleją miasta w kierunku przeciwnym niż centrum, na wprost i cały czas lekko pod górkę.
Spieszyłem się by dotrzeć na około 10.30, gdyż do skalnych wiosek drzewiej rybackich wpuszczani są turyści:
- albo tylko do godziny 11
- albo w ogóle
- albo (b. rzadko) w ciągu całego dnia
Ograniczenia te wynikają z zagrożenia pożarowego. Już w dwóch innych podobnych miejscach zostałem cofnięty u bram.
Teraz... panowie strażnicy jak zwykle miło się przywitali, ale powiedzieli, iż alert jest obniżony i mogę wjechać.. wow. Zawdzięczam to zapewne nocnym opadom.
Skończył się łagodny podjazd (trwający prawie całą drogę od domu), a zaczął wysokogórski… pchanie roweru było wynagradzane przez coraz ciekawszy widok na Marsylię, który miałem za swoimi plecami.
Wiedziałem, że musi nastąpić przełom i tak po ok. 20 minutach trafiłem na szczyt drogi.. za mną Marsylia, przede mną skalista zatoka... a prawie pode mną spod chmur czy też mgły przenikało lazurowe lustro wody, zrozumiałem w końcu co to za kolor :)
I teraz zamiast podjazdu zaczął się zjazd, nieliczne auta trąbiły przed każdym zakrętem na serpentynie. Zjazd dość ostry, droga w dobrym stanie (jak zwykle tu) mimo sprawnych hamulców brakowało jakiegoś kolejnego np. takiego samochodowego hamowania silnikiem.
Drogą zbiegało dwóch biegaczy... wyglądali jak z reklamy adidasów... przemknęli... z prędkością światła…wobec wlekących się aut.


Dojechałem (zjechałem) na małą plażę, piaszczystą co tu się rzadko zdarza. Rower postawiłem na piasku, a swoje rzeczy schowałem za skałą do której dostęp jest tylko z wody, tak abym się mniej stresował, że ktoś się nimi zainteresuje. Tak, asekuranctwo nadmierne… przecież nie ma jak stąd uciec. Woda zimna (oceniam iż 17 stopni), jak to w zatokach, ale za to bardzo przejrzysta.
Takiego miejsca szukałem… pięknie tu, mało ludzi, skalne nabrzeże wystrzeliwuje czasem niemal pionowo, hm cud. Przeszedłem się po wiosce, jakiś pan czytał gazetę na zacienionym (od kwitnących niemal nad jego głową krzewów) tarasie, metr przed i 4 pod sobą miał już morze, wyglądał mi na Janusza „Głowę” Głowackiego. Te domki i chatki, kosztują teraz majątek. Kiedyś rybak sobie zbudował i żył, teraz istnieje coś takiego jak państwo plus rynek…trzeba zapłacić jak za zboże i obejść się z całą biurokracją.



Poszedłem jeszcze dalej, już po skalnej ścieżce, rower przepychałem, przenosiłem, lub zostawiałem na chwile. Szukałem wejścia do wody ze skał, nie znalazłem wszędzie zbyt stromo.
Powrót to domu to wpychanie roweru przez pół godziny po tym co wcześniej było zjazdem, zauważyłem wrak auta..hm. Mijałem kilku przechodniów, z tego co wiem, to przestano wpuszczać samochody i stąd ludzie bez środka lokomocji.
I pojawił się zjazd, wpierw stromy, potem już taki zwykły… pojechałem zobaczyć pobliskie więzienie… co za piękne miejsce do poddawania się resocjalizacji… budynek z XIX wieku u zboczu skał.
Odwiedziłem jeszcze Centrum Sztuki Współczesnej, nie jest to ta klasa, co nasz Zamek Ujazdowski, ale myślę, że nie słusznie pominięto to miejsce w przewodniku Pascala.
I tak został jeszcze wieczór, ale o tym w następnym odcinku.

Tytuł wpisu to nazwa audycji prowadzonej przez Marzenę Chełminiak - głos Radia Zet.
Komentarze (0)
Babel
 Oceń wpis
   

Przed dziewiątą odwiedziłem pobliski targ, podszedłem do mojego ulubionego stoiska, sprzedawca już mnie pamięta... tylko zapomniał skąd jestem... i zapytał się czy abym nie Rosjanin. Nie wiele się pomylił, ale powiedziałem, iż jestem POlakiem, wtedy wskazał na swojego młodszego kolegę: drugiego sprzedawcę i powiedział, iż jest on Polakiem.
Wtedy zaczął się lingwistyczny melanż:
Ja ( po fr): bardzo mi miło, wiem wiem itp...
sprzedawca starszy (poprawną polszczyzną): dzień dobry, dzień dobry
sprzedawca polski (po niemiecku!): polska, jestem polakiem, ( a moze nie jestem) itp.
Hm... jak widać, jedynym, który po polsku się wysłowił był francuski sprzedawca :)
Komentarze (0)
Okno na świat
 Oceń wpis
   


Mój gospodarz delikatnie zwrócił mi uwagę, iż w jednym z pierwszych wpisów dość obojętnie potraktowałem widok z okna. Miał rację... obok jest hotel Holiday Inn, którego goście mogą podziwiać ze swych okien (nawet tarasów nie ma)... nas :). A my wpatrujemy się się w symbol Marsylii: Notre Dame de la Garde. Komentarz zbędny... podziwiać:

Komentarze (0)
La voiture czyli jedzie szemrane auto
 Oceń wpis
   

Przez 6 dni mieliśmy auto z wypożyczalni... nowy Renualt Clio, pan z wypożyczalni zapisał każdą rysę i oddał do dyspozycjina zatłoczonym placu w centrum miasta.
Na pewno pewniej bym się czuł prowadząc 10 letniego
Peaugota, stukniętego z kilku stron... czyli jak każde inne francuskie auto. A tu taki pojazd jak z Polski, gdzie trzeba dbać o każdą rysę na zderzaku.
Staraliśmy się parkować tak by nie można byłoby odpychać

samochodu, czyli w poprzek a nie wdłuż jezdni. Jak auto stoi jedno za drugim to odpycha się zderzakiem, to z tyłu, potem do z przodu i można wjeżdzać. Jest to dość dobry sposób na miejskie parkowanie, ale nie dla auta z wypożyczalni.
Tutejsze drogi to marzenie, a zbudowane są prawie
wszędzie... wjechaliśmy na szczyt góry (ponad 1500 m) i krętymi drogami nad skalny kanion.


Jadąć autostradą 130 km/h (tu prędkość maksymalna)
wyprzedzało spowolna mnie kilku "szaleńców" w ciągu godziny. Gdy przyspieszałem do 140 to ja stawałem się "królem" szosy. Ech... my tyle jeździmy po jednopasmówce na Mazury.

Jednak francuzi są a) rozsądniejsi na drodzę b) po co się spieszyć... lepiej oglądać świat za oknem. A propos...przykład na punkt b.... przy płaceniu w moim warszawskim BOMI mam opracowany sposób na szybkie spakowanie się przy kasie: w jednej ręcę pieniądze, drugą pakuję zakupy, a nogą odpycham koszyk na miejsce. Jak nie zdążę w 10 sekund... to zawiązuje się komitet kolejkowy, który każe splalić mi się ze wstydu. Tutaj.... gdy się jeden klient pakuje, to jest czas na pogawędkę z kolejnym albo lekturę prasy przez kasjera.

Komentarze (0)
cousine
 Oceń wpis
   

COUSIne

Kilka razy odwiedziłem pobliski targ.... nie wiem jak to się dzieję, iz w miejscu gdzie o 23 widać same auta rano są rozstawione stanowiska handlowe.

Za używanymi ciuchami po Euro, wytartymi Levisami, można dotrzeć do stoisk z rybami, oliwkami... i warzywami, interesują mnie te ostatnie... oto ceny:
- sałata (do wybory 4 rodzaje): 0,60 E
- 1 kg pomidorów: 1 E
- melon: 1 E...
- czosnek z główką 2x większa od tej jaką my znamy: dostałem za darmo.
- cebula lub szalotka - mniej niz 1 E
- spojrzenia pełne uznania po spróbowaniu mojej sałaty z vinegrait: BEZCENNE.

Komentarze (1)
CALLELONGUE
 Oceń wpis
   


Nastąpiła przerwa w pisaniu bloga... za którą przepraszam.
Inensywność zwiedzania połaczona z naszą zdolnością gubienia drogi do domu nie pozwalała znależć czasu na internet.

W ciągu tych o ile pamiętam pięciu dni, zdązyłem być... trzy razy w małej wiosce pośród skał, ok 10 km na wschód od Marsylii. Za pierwszym razem pojechałem tam rowerem, krętą niezbyt trudną drogą poprowadzoną wzdłuż morza. Mimo, iż nie ma w tych warunkach poboczy, nie stresowałem się jazdą pośród samochodów gdyż Francuscy kierowcy wolą podziwiać krajobraz jadąc na trzecim biegu. Kolejny raz to podróż autobusem z (tu same dobre epitety) Dorą, która przyjechała dzień wcześniej. W okolicach tego miejsca nie znaleźliśmy plazy, więc wybraliśmy skały i tak przeleżeliśmy pół dnia, wchodząc czasem do wody... która okazała się zimniejsza niż w Bałtyku, jak myślę 16 stopni, ale na szczęscię w innych miejscach wybrzeża termometr wskazuje o 2-3 kreski więcej.

Komentarze (1)
Na marsylskim bruku
 Oceń wpis
   

Kolejny dzień spędziłem na chodzeniu po mieście, lubię błądzić w labiryntach małych uliczek... by natknąć się na jakąś autentyczną, nie zadeptaną przez turystów część miasta... i tak napotkałem na dialog dwóch starszych marsylianek, które przez całą swoją krótką rozmowę powtarzały ça va, ça va, nie było ważne gdzie były, co się działo, istotne że wszystko "ça va".
Przeszedłem się po starym porcie, mijając pasące się krowy (tak te co były wcześniej w Warszawie), przyglądając się sprzedawcom świeżych ryb wprost ze starych Renówek.
Na końcu portu zaczepił mnie zagubiony paryżanin (to tylko 3h TGV), szukający plaży. Myślał, iż jestem stąd, a co najważniejsze potrafiłem mu wskazać cel i chwilę porozmawiać.
Następnie wspiąłem się na wzgórze górujące nad miastem i zwieńczone najważniejszym zabytkiem Marsylii "Notre Dame de la Garde", który podziwiamy podczas wieczornego obiadu.


Potem relaks, wyprawa na plażę i pierwsze pływanie. Zachwycające jest te połączenie miasta, serferów, zachodu słońca i gór. Dostrzegliśmy dwa boiska do siatkówki, z postanowieniem powrotu tu z odpowiednią piłką poszliśmy do domu.


Komentarze (0)
1 | 2 |
Najnowsze wpisy
2008-07-11 00:11 Puławska...
2008-05-17 08:43 drugie poDANIE Justine Henin
2008-05-16 21:39 MMarcin świeTlicki
2008-05-14 22:10 Justine..
2008-05-13 22:53 No vas a tener una casa en la puta vida
Najnowsze komentarze
2012-03-20 22:07
WAW402:
nad jeziorem zegrzyńskim
Chyba śnię, Henia Melomana widuję ze dwa razy w tygodniu w bufetach telewizyjnych, z drugiej[...]
2012-03-04 15:22
Elżbieta Kozikowska:
nad jeziorem zegrzyńskim
Henia Melomana poznałam w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Od wielu lat był prawie na każdym[...]
O mnie
piwa2
Ahoj, jsem Radek a je mi 27 let vyšel jsem ze školy potom z průmyslovky nastoupil jsem do práce a potom jsem šel na vojny Když jsem se vrátil už jsem tušil že do práce půjdu jenom na krátko totiž že hudba je moje poslání A vidíš, tak ahoj, jsem Radek